|
|
2002-06-28 Letnie przygody „Lombardu” – Marta Cugier i Grzegorz Stróżniak – „LOMBARD”.
-MC- Letnie przygody... Wszystkie od czterech już lat wiążą się nierozerwalnie z „Lombardem”... Jakaś najintensywniejsza... Grzegorz może o Kanadzie? Pamiętasz? Ten cały wyjazd był przygodą... -GS- W 2001 roku byliśmy na koncercie w Kanadzie w Toronto promując płytę „Deja’vue”... -MC- Było cudownie! Koncert nad samym brzegiem Ontario dla piętnastotysięcznej, wspaniale bawiącej się publiczności, wymachującej czerwono-białymi flagami. -GS– Ale to nie wszystko... Były wycieczki, zwiedzanie miasta, wjazd na jedną z najwyższych wież telewizyjnych na świecie... -MC- Tam przezroczysta podłoga na wysokości kilkuset metrów... Oj! Baliśmy się strasznie! Mamy super zdjęcia... -GS– Trzeba było przezwyciężyć lęk wysokości, nie da się ukryć... (śmiech) Była też wycieczka nad Niagarę... -MC– No i obowiązkowa podróż stateczkiem w samą paszczę dzikiej nieokiełznanej wody wraz z Markiem Niedźwiedzkim... -GS- Odwiedziny w domach Polonii Kanadyjskiej z przyjęciami nad brzegiem basenów i wskakiwaniu w nie w „ciuchach”... -MC- Ja zostałam wrzucona dwa razy ku uciesze gospodarzy, gości, „Lombardu” i będących tam z nami „Elektrycznych gitar”... Pamiętasz? (śmiech) -GS- Mnie podczas tańca wrzuciła gospodyni domu... Nie pomyślała... Wraz ze wszystkimi pieniędzmi i dokumentami... Suszyliśmy wszystko suszarką... -MC- To nie wszystko! Po dwóch tygodniach wspaniałych wakacji Organizator przywiózł nas na lotnisko... -GS- Pożegnanie, odprawa na której już okazało się, że jeden z naszych kolegów, Sebastian Włodarczyk (akustyk Lombard) nie mieści się do samolotu i zostaje jeszcze na kilka dni w Kanadzie... Byliśmy załamani, już następnego dnia mieliśmy grać w Polsce... Zostawiliśmy Sebka z bólem serca, reszta weszła dalej... -MC– Pobiegłam na ostatnie drobne zakupy do „duty free” , tam już mały spięcie z ekspedientką... Afro-amerykanka mówiła szybko i strasznie niezrozumiale, coś o miejscu zerowym... Zignorowałam ją. Wyskakujemy ze sklepu, idziemy już do samolotu a tam przed samym wejściem okazuje się, że mam rzeczywiście bilet z miejscem zero i nie wracam... Nie byłam sama. Mój los podzielił Paweł Klimczak ( git. Lombard)... -GS– Już myśleliśmy, że nie polecą... Pani stewardessa definitywnie powiedziała, że nic z tego... No i tu wielkie Dzięki dla „LOT’u”... Było to przed tragedią „World Trade Center”... -MC- Pilot samolotu dla „Lombardu” zrobił wyjątek... Może dla mnie ??? Przeżyliśmy najpiękniejszy lot naszego życia w samym „kokpicie”... Widzieliśmy start i lądowanie, wschód czy zachód Słońca (niestety nie wiem) nad chmurami, mijające nas samoloty, słyszeliśmy rozmowy naszych pilotów z pilotami innych linii lotniczych, a wszystko obserwowaliśmy zza ich pleców... -GS- Od tego czasu Paweł poważnie zachorował na latanie, skończył kurs pilotażu szybowcowego, i na tym nie poprzestanie... Kupimy mu samolot i będziemy latać na koncerty, w końcu będziemy mieć swojego osobistego pilota...
Załączniki:
Obrazy:
|