2002-09-01 Przesłuchanie Grzegorz Stróżniak - Lombard2002-09-01 Przesłuchanie Grzegorz Stróżniak - Lombard

Linia

2002-09-01 Przesłuchanie Grzegorz Stróżniak - Lombard - Tylko Rock Wiesław Królikowski.


Myślę, że to dopiero początek tego, co możemy zrobić. Mamy mnóstwo planów i dopiero konkretyzuje się wizerunek naszej kapeli – powiedział mi Grzegorz Stróżniak, zanim przeszliśmy do właściwego tematu „Przesłuchania”. Kilka dni wcześniej odrodzony Lombard „konkretyzował” swe muzyczne oblicze, nagrywając w studiu radiowej Trójki album live ze starymi przebojami i utworami z płyty Deja’vu. Album ma upamiętnić dwudziestą rocznice rozpoczęcia działalności zespołu. Ten nowy Lombard, z wokalistką Martą Cugier zamiast Małgorzaty Ostrowskiej, stanął do estradowych wyścigów w 2000 roku proponując płytę, która – choć tytuł Deja’vu mógł sugerować co innego – zawiera premierowy materiał. Na okładce nazwa zespołu była pisana dziwnie, z apostrofem – L’ombard – ale, jak mi Grzegorz wyjaśnił nie świadczyło to o jakichś prawnych zatargach w gronie założycieli grupy. Apostrof w nazwie to tylko pomysł grafika. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Lombard może używać dotychczasowej nazwy. Nazwa jest zastrzeżona i prawnie należy do zespołu. Dowiedziałem się jeszcze, że wspomniany album koncertowy ma ukazać się na początku przyszłego roku. W tym samym 2002 roku ma ukazać się również płyta z nowymi utworami. Natomiast „Przesłuchanie” szefa Lombardu dało następujący wynik: - Grzegorz Stróżniak- Zawsze miałem problemy z zapamiętywaniem nazw i tytułów dlatego to „Przesłuchanie” nie jest dla mnie łatwe (śmiech). Niezły sprawdzian... Myślę, że warto zacząć od tego, że słucham muzykę stylistycznie różną. Nie potrafiłbym zamknąć się w jednym gatunku, gdyż jestem bardzo otwarty na wszystko co się w niej dzieje. Na miarę możliwości przemycam do swojej twórczości to co mnie najbardziej kręci. Teraz nastał czas mieszania gatunków i to mi pasuję. Pierwsze wrażenia muzyczne wiążą się z prywatkami, kiedy miałem mniej niż piętnaście lat. Bawiliśmy się m.in. do The Beatles i Rolling Stones. Pamiętam „rozłożył” mnie utwór Angie Stonesów, bardziej jednak odpowiadała mi beatlesowska melodyka i harmonia. Ulubione numery? Oh Darling!, Michelle, Something... Pamiętam miałem ciary jak po raz pierwszy usłyszałem Oh Darling! Jak On tam zaryczał... W tamtych czasach słuchałem też cięższe rzeczy, takie jak Black Sabbath i Deep Purple. Smoke on the water Purpli to na pewno najpopularniejszy riff gitarowy świata. Jakoś zawsze było u mnie tak na przemian. Po okresie katowania się „mocną jazdą” potrzebowałem odpoczynku przy łagodnych dźwiękach. Tak więc do rozpoczęcia nauki w Studium Sztuki Estradowej słuchałem właściwie wszystkiego. W „szkółce” miałem do czynienia z muzykami rangi Aleksandra Maliszewskiego, Huberta Szymczyńskiego. Oni zainteresowali mnie twórczością Quinsy Jonesa, George’a Duke’a, George’a Bensona. (na jego cześć psa nazwałem Benson). Potem słuchałem też Ala Jarreau, Chacki Khan, Gino Vanelliego. Było też – już po „szkółce” – trochę fascynacji muzyką elektroniczną: Jean Michel Jarre, Vangelis, Tangerine Dream, Kraftwerk... Któregoś dnia mi się to znudziło. Dynamika i przekaz tej muzyki są ograniczone. Z czasem ten nurt musiał zejść na świecie na dalszy plan. Tu mogę zacząć moją listę. TEARS FOR FEARS. Gdy już klimaty elektroniczne nie do końca mi odpowiadały, zacząłem poszukiwać zespołów z których mógłbym „przenieść” do Lombardu” klawiszową elektronikę połączoną z gitarami (bo – że tak powiem – trudno wyrazić się ostrzej klawiszowo; czasami nawet żałowałem, że nie jestem gitarzystom). Z tego powodu ok. ’83 roku takim ideałem stali się dla mnie Tears for fears, którzy na dodatek mieli nietuzinkowe ciekawe aranżacje. Takie w których – w trakcie kolejnych przesłuchań- ciągle odkrywałem coś nowego. Do dziś najbardziej mi się podoba pierwsza płyta tego zespołu The hurting a na niej utwór Pale schalter i tytułowy. Nie pamiętam kto mi podrzucił tą płytę, chyba któryś z muzyków. Często z kolegami dzielimy się swoimi fascynacjami. Z moim słuchaniem jest tak : jeżeli płyta mnie „rozwala” to katuję ją do póki nie znam na pamięć niemal wszystkich nut. Są to płyty których produkcje staram się poznać jak najlepiej. Zastanawiam się nad ich realizacją analizując najdrobniejsze szczegóły: wykorzystywane barwy, instrumenty, efekty, próbki, sample i loopy, sposoby interpretacji, aranżacji, proporcje po obróbkę studyjną. Są też płyty, które traktuję jako relaks nie analizując ich dokładnie, a słuchanie ich sprawia mi ogromną przyjemność. Produkcje m.in. Georg’a Michael’a, Sade, Mike and the Mechanics, Simple Red’a. Gdzieś tam po drodze, jak wielu innych, zwariowałem na punkcie THE POLICE. Okazało się, że kapela może mieć inne brzmienie, a na perkusji można grać inaczej od dotychczasowo przyjętych stereotypów. Stuart Copeland dokonał rewolucji w dziedzinie perkusji. Ten werbel i te podziały, dużo hi – hatów, nietypowych zagrywek. Zenyatta Mandatta była dla mnie ich najlepszą płytą. Nadal ta muzyka wydaje mi się nowatorska, bardzo charakterystyczna. Zespół stał się dla wielu inspiracją. RED HOT CHILI PAPERS. Do póki nie poznałem ich nagrań, wydawało mi się, że brzmienie zespołu rockowego musi być ciężkie, potężne, spogłosowane. Natomiast oni grają z niesamowitym filingiem i drive‘em, a poruszając się w małych przestrzeniach brzmieniowych – jeśli można tak określić – sprawiają, że ich muzyka jest blisko słuchacza i jeszcze bardziej porywa. Lubię ich ascezę brzmieniową. Podoba mi się w tej kapeli to, że rewelacyjnie łączą ze sobą różne rodzaje muzyki: rap, funky i rock, nie wspominając już o kontrowersyjnych, skandalizujących tekstach. Posiadam ich album One hot minute i bardzo go lubię. Jest na nim wiele hitowych utworów np. Aeroplane. Bez trudu mam dostęp do pozostałych ich albumów bo nadal mam sklep z płytami („Rock Long Luck” w Poznaniu przy ul. Półwiejskiej – przyp. wk.). Na płycie Blood Sugar Sex Magik uwielbiam Give it away. Ta płyta przyniosła im komercyjny sukces. Słuchałem ostatnio Californikcation, ale już ta muzyka mnie tak nie kręci. CLAWFINGER. W ’87 roku wyrzucono mnie z mojego zespołu. Lombard beze mnie przetrwał tylko kilka lat i zawieszono jego działalność. Odrodził się jako Lombard Group w ’93 roku. Byłem wtedy frontmenem. Szukaliśmy inspiracji. Miałem rozterki, jak powinna wyglądać dalsza moja działalność muzyczna. Wtedy wpadła mi w ręce płytka Clawfinger Brain. Taka jazda, która mnie niesamowicie podkręciła... Mocne rockowe brzmienie gitar podparte samplami gitarowymi, loopy połączone z żywymi bębnami. Płyta selektywna i precyzyjna. Obróbka komputerowa, czyszczenie śladów, dbałość o szczegóły dały niesamowity efekt. Muzyka jest rozpoznawalna i charakterystyczna. Inspirowany takim graniem napisałem utwór pt. Dziesięć i pół. W tym roku ukazała się kolejna płyta zespołu Whole lot of nothing... Nowością na płycie jest wprowadzenie jungle’owych rytmów. Jest to znak czasu. Ta płyta podoba mi się jeszcze bardziej, jeszcze trafniej połączono tu żywe granie z technologią. PRIMAL SCREAM, Give out but don’t give up. W czasach kiedy przymierzałem się do płyty solowej był jeszcze Primal Scream, kapela urzekła mnie swoją prostotą. Nawet zacząłem uczyć się grać na gitarze, uwierzyłem, że mogę zostać gitarzystą (śmiech). Z sentymentem odbierałem stare brzmienia gitar i klawiszy. Takie granie na luzie, może „na trawie”. W tym stanie błogiej nieświadomości popełniłem wraz z zespołem kilka takich utworów m.in. (chichot) takie jak: Afryka, cytuje: „Nie ma jak Afryka, idzie sobie słoń, małpa mnie dotyka ma długi ogon”(Patrz! Lombard Group „Afryka”, live). Gdy świadomość odzyskałem to byłem już pewien, że nie powinienem śpiewać o „spacerujących słoniach w Afryce” (śmiech) a tym bardziej o tym że „HIV wszystko spierdolił” utwór AIDS (Lombard Group „Afryka”, live). Można się czasem zagubić... RAGE AGAINS THE MACHINE. Jak ich słucham mam wrażenie, że to kapela, która dużo czerpie z historii rocka – wykorzystują jego wcześniejszy dorobek, szczególnie riffowy i łączą go ze współczesnym graniem. W moich zbiorach nie zabrakło płyty Evil Empire tego zespołu. Z innych płyt podoba mi się jeszcze kilka utworów, jednak nie wracam do nich za często. Jest to kolejna bardzo ciekawe wcielenie rocka, dlatego myśląc o współczesnej muzyce rockowej nie wolno pominąć tej kapeli. SKUNK ANASIE. Zacząłem interesować się tą kapelą z powodu wokalistki, Skin. Niesamowity „pałer” jest w tym co robi. Idzie na całość. Ma taką dziwną barwę, taką „szpilę” w głosie i charakterystyczną tylko dla niej schizę. „Czarna” wokalistka śpiewająca po „białemu”. Sama muzyka jest zbyt mroczna dla mnie, choć czasem lubię czegoś takiego posłuchać. Skin znam również z innej produkcji , z płyty MAXIM, Exprodigie. Płyta ta jest świetna choć przeszła niezauważona, a utwór śpiewany przez Skin jest dla mnie pod względem wykonania, aranżacji, produkcji i kompozycji rewelacją! Album pożyczył mi Paweł Klimczak nasz nowy gitarzysta i już mu go nie oddałem. On pożyczył ode mnie nowe Clawfinger i też mi nie oddał. Wiem jedno na pewno, przy całym zachwycie dla głosu Skin, w „kiss’y” bym w nią nie poszedł... Bałbym się! LIMP BIZKIT, Chocolate Starfish End The Hot Dog flavored Water. Po pierwsze gratuluję pomysłu na tytuł. Bardzo łatwo jest go zapamiętać... Pamiętam, że gdy usłyszałem introdukcję do tej płyty (Intro – przyp. wk) to zwariowałem! Tak, byłem zły, że sam tego nie wymyśliłem! Jest to dla mnie najlepsza współczesna rockowa kapela! Cieszę się, że w tym roku właśnie ten zespół otrzymał najwięcej nagród i wyróżnień, bo jest to dowód na to że muzyka rockowa na Świecie ma się dobrze! Rozwija się w kierunku, który bardzo mi odpowiada. Jak wcześniej wspomniałem we współczesnej muzyce właśnie podoba mi się to, że można dowolnie dobierać gatunki. Limp Bizkit jest dowodem na to jak świetnie można to wykorzystać. To wzorcowa kapela, która wspaniale operuje dorobkiem muzyki rockowej i nie tylko, ubierając tą kompilacje w najnowszą technologię. Handluje świetnymi klimatami i barwami. Trzeba też zwrócić uwagę na wspaniałą realizację tej płyty. Wszystko ma swoje miejsce. Brzmi klarownie wręcz perfekcyjnie. Kawał dobrej roboty! LINKING PARK, Hybrid Theory. Podobny do Limp Bizkid szkielet muzyczny. Jednak ma w sobie coś co ich wyróżnia. W tym zespole jest dwóch wokalistów uzupełniających się wzajemnie. Świrze brzmienia jeśli chodzi o loopy perkusyjne i znów łączenie ich z żywym graniem. Daje to nieograniczone możliwości w uzyskiwaniu ciekawych produkcji, którą na pewno jest płyta Hybrid Theory. Też próbujemy znaleźć dobre proporcje między żywymi instrumentami a elektroniką. Nie jest to łatwe, na pewno kosztowne. MORCHEEBA, Big Calm. To z kolei taki plaster łagodności, który naklejam sobie czasami. Piękna kraina. Słuchanie jej mnie odpręża. Spokojny wokal w tle, cieple brzmienie Hammondów, funkowa gitara, delikatnie, gdzieś daleko w tle toczą się loopy, słychać też skrecze. W latach ’80 używałem analogowych brzęczydeł. Teraz do tych barw się wraca w instrumentach elektronicznych, perfekcyjnie naśladujących tamte analogowe brzmienia. Te ciepłe barwy tworzą tu cudowną atmosferę. Całość płynie i buja. W sumie - dla mnie miód. GARBAGE, Version 2.0. Na koniec zostawiłem sobie bardzo ważny dla mnie album, Version 2.0, Garbarbage. W muzyce bardzo dużo się wydarzyło od ostatniej płyty Lombardu i tak do końca nie wiedziałem jaki ten Lombard w 2000 roku powinien być. Na pewno rockowy. Nie chcieliśmy sprzedawać się jak wielu, tylko dlatego, że w mediach jest miejsce wyłącznie na „komercyjną papkę”! Gdy rozpoczynałem pracę nad płytą Deja’vu wiedziałem, że musi to być również produkcja nowoczesna. Potrzebowałem tylko jakiegoś bodźca, czegoś czego mógłbym się trzymać. Znalazłem tą płytę i wiedziałem, że to jest to. Tylko żeby ktoś nie pomyślał, że bawię się w ściąganie fragmentów muzycznych. Chodziło mi bardziej o koncepcję. Tworząc utwory, trzeba słuchać muzykę z całego świata, po to żeby znaleźć jakiś haczyk. Nie stać w miejscu, rozwijać się i chłonąć wszelkie nowinki. Zachwyciła mnie przede wszystkim produkcja albumu Garbage. Była na najwyższym poziomie światowym. Muzyka przemyślana, wszystko wywarzone, wspaniale dobrane loopy, sample, gitary, klawisze. Wszystko ma tu swoje miejsce. Taki optymistyczny rock, kolejne inne jego wcielenie. Działanie zaskoczeniem, przechodzenie ze spokojnej zwrotki w żywy refren, podbijanie wszystkiego trzecią jeszcze ciekawszą częścią... Im częściej jej słuchałem tym bardziej mi się podobała, wciąż odkrywałem coś nowego. Shirley Menson nie ujęła mnie może tak bardzo swoim wokalem jak naturalnością. Z przyjemnością słucha się wokalistki, która nie drze się bez sensu, a do tego pisze świetne teksty. Po prostu SUPER! Nie na darmo nazywa się ich „alchemikami rocka”. Rozmawiał: Wiesław Królikowski NAJWAŻNIEJSZE PŁYTY LOMBARDU WEDŁUG GRZEGORZA STRÓŻNIAKA Live (Savitor, Spin, Koch, 1983). Płyta ma dla mnie szczególne znaczenia, bo zawiera utwór Przeżyj to sam. Ważne było to, że ta piosenka zafunkcjonowała po raz pierwszy i to w wersji śpiewanej przez publikę. Ten utwór miał i do dzisiaj ma dla zespołu dużą wagę. Przysparza wielu cudownych wzruszeń podczas koncertów w Polsce i za granicą. Szara Maść (Savitor, Spin, Koch, 1984). To był mój bardzo osobisty projekt. Oparłem brzmienie całości na instrumentach klawiszowych. Płytę z początku krytykowano, doceniono ją dopiero po latach, nazwano płytą koncepcyjną. Anatomia (Savitor, Koch, 1985). Tu kontynuowałem moje klawiszowe myślenie z Szarej maści, tyle że już miałem inne instrumenty. Płyta była o miłości dlatego część materiału była wykonywana przez kobietę część przeze mnie. Nie ukrywam też, że zacząłem bardziej dbać o swój repertuar. Płyta zawiera kilka fajnych kawałków, które do dzisiaj funkcjonują i są lubianw: Gołębi puch, Mam dość, Kryształowa , Anka. Deja’vu (Pomaton EMI, 2000). Dla mnie najważniejszy album, bo otworzył nowy rozdział. Pracowaliśmy nad nim długo. Wiem, że jest to wyjątkowy materiał, dopracowany, dopieszczony. Jest to dobra, równa płyta. Nad płytą pracowałem z Martą i wcześniej wspomnianym Pawłem. Myślę, że udało się nam parę fajnych kawałków zrobić. Potem pomógł nam Piotr Kominek jeśli chodzi o loopy i sample. Na nasze krajowe warunki jest to płyta nowoczesna, przynajmniej takie są opinie na jej temat. Naszą muzykę określano wielokrotnie jako „wirtualny rock”.

Linia

Załączniki:

Linia

Obrazy:
Fotka


Komentarze



Dodaj własną opinię


Podpis (wymagany)
E-mail (wymagany, zostanie ukryty)
Stopka