|
|
2008-01-15 To ludzie tworzą atmosferę i wspomnienia... rozmowa z Martą i Grzegorzem, liderami zespołu Lombard - M. Tarasewicz dla "Nasz dom" w Hiszpanii .
Marlena Tarasewicz: Zespół Lombard powstał w Poznaniu. Od ponad 20 lat jest obecny na polskiej scenie muzycznej. Tworzyło go 27 muzyków. Jak myślicie, czy to jest jego siłą? Grzegorz Stróżniak: Z jednej strony tak, z drugiej jednak nie. Dobrze jest jak jest jeden skład, sprawdzeni ludzie, patrzący w jednym kierunku i szanujący się nawzajem. Lombard nie był od początku grupą przyjaciół z podwórka na dobre i na złe. Zawsze chciałem grać w kapeli rockowej. Po tym jak zobaczyłem Maanam w Opolu wiedziałem, że przyszedł czas na to żeby założyć zespół. Lombard powstał w 1981 roku przy Studio Sztuki Estradowej, w którym się uczyłem. To był mój pomysł, jednak muzycy wybrani zostali na drodze przesłuchania zorganizowanego przez szkołę. W zespole zawsze były tarcia, konflikty i niespełnione ambicje. Muzycy odchodzili i przychodzili z różnych powodów, niestety wówczas nie miałem na to wpływu tylko manager przydzielony z Urzędu. Z czasem się przyzwyczaiłem i czerpałem z umiejętności i zaangażowania kolejnych muzyków marząc wciąż o idealnym składzie. Oczywiście każda z tych osób dawała cząstkę siebie, była i jest dla mnie bardzo ważna. Jednak to nigdy nie było to, aż do tej pory. W pewnym sensie w 1999 roku spełniło się moje marzenie i z zespołu odeszły osoby, z którymi szczególnie nie pracowało się komfortowo. Marta Cugier obecna wokalistka zespołu Lombard wynagrodziła mi wszystkie lata wątpliwości i w końcu znalazłem osobę, na której zawsze mogę polegać. Po wielu latach poszukiwań udało nam się również znaleźć wspaniały zespół. Mam nadzieję, że nie jest to chwilowe. Nie mam już siły uczyć kolejnych muzyków repertuaru zespołu Lombard. To sprawiało, że wciąż się zatrzymywaliśmy. Od 2001 roku nie możemy skończyć nagrania płyty. Czasami czuję się jak w błędnym kole… Marta Cugier – Najważniejsze jest to, że Lombard nie zatrzymał się w konwencji z lat osiemdziesiątych. Cały czas Grzegorz ma mobilizację wśród nowych muzyków. Wymieniamy się płytami, poglądami i to wszystko ma wpływ na obecny wizerunek zespołu Lombard. Myślę, że te zmiany są już charakterystyczną rzeczą dla zespołu Lombard. Grzegorz prawie, co dwa lata zaczyna koncert słowami: “Wita Państwa Lombard w nowym składzie”… Gracie w obecnym składzie od 2 lat. Tak czy nie? Jak do tego doszło, że ludzie tak często się zmieniają? M.C.: Ja jestem wokalistka i autorką tekstów w zespole Lombard już od 8 lat, Grzegorz jest liderem, wokalistą, klawiszowcem i kompozytorem już 26 lat. Tworzymy taki duet nie do pokonania. Muzycy się zmieniali przez te lata z różnych powodów. Losowych, życiowych to nie były jakieś burzliwe rozstania… G.S.:Z Martą napędzamy od 8 lat całą tę machinę. Ja komponuję, Ona pisze teksty. Razem wymyślamy projekty, piszemy scenariusze, inwestujemy pieniądze, menadżerujemy i napędzamy koła Lombardu... Mamy plany to jest najważniejsze. W latach ’80 nie miałem tego szczęścia. Poprzednia wokalistka wciąż odchodziła, wracała, sięgała do innych gatunków z innymi muzykami. Szukała wciąż czegoś innego. Dla nas obecnie Lombard jest najważniejszy i mam nadzieję, że dla Mirka Kamińskiego perkusisty, Michała Gumy Kwapisza basisty i Daniela Goli Patalasa gitarzysty Lombard jest priorytetem. M.C.: Jesteśmy osobami aktywnymi i kreatywnymi. Zawsze wspólnie mobilizujemy się do działania. Jak jeden ma dosyć, to drugi pomaga mu to przezwyciężyć i na odwrót… A zmiany, są naprawdę przykre i następują jak już wspomniałam z wielu przyczyn. Szukając człowieka do wspólnej pracy nie jesteś w stanie sprawdzić muzyka i człowieka. Wszystko okazuje się „w praniu”… Zespół jest jak druga rodzina. Musimy sobie ufać, lubić się, szanować i przede pracować nad sobą i dla Lombardu. G.S.: Właśnie! Na drodze przesłuchania nie da się tego wszystkiego sprawdzić. Ważne jest, żeby muzycy akceptowali to, że jestem liderem, że mamy z Martą swoją drogę. Muszą nam w pełni ufać i wspierać nas. Bardzo dużo inwestujemy w media, grafiki, multimedia, rozwijamy się. Muzycy muszą to akceptować. Nie może być niezadowolenia. Oni muszą żyć naszymi projektami. M.C.: Ale proszę mi wierzyć my nikogo nie zmuszamy, żeby z nami był, pracował. Jeśli ktoś jest niezadowolony musi odejść. Nic na siłę… Problem jest jednak wtedy, kiedy lubi się człowieka a nie akceptuje jego zaangażowania w pracę. Czyli, nie podoba ci się jak gra, jakie ma propozycje. Nie pracuje nad sobą. G.S.: Nie jest kreatywny. M.C.: Bywa, że życie samo układa scenariusze. Nasz poprzedni basista, 32 lata, Grzesiu Warchoł. Zmarł po ciężkiej chorobie nowotworowej a gitarzysta w ogóle zrezygnował z branży muzycznej. W tej chwili, od stycznia będzie pilotem LOT-u. Będzie latał na dużych samolotach. To ciekawe! M.C.: Może będzie was woził z Madrytu do Polski? I to też w pewnym sensie dzięki naszemu zespołowi! Każdy znajduje swoją drogę, swoje powołanie. M.C.: Musimy się żegnać, godzić się z tymi pożegnaniami. G.S.: To nie jest wcale takie proste... M.C.: To są decyzje personalne. My nie jesteśmy stu - osobową fabryką, gdzie każdy jest anonimowy. Dla nas każdy muzyk jest kumplem, z którym się wypiło morze alkoholu i przeżyło mnóstwo cudownych przygód również poza muzycznych. Wasza muzyka wyrażała i myślę, że dalej będzie wyrażać, myśli i uczucia Polaków. Takie utwory jak Szklana pogoda czy Przeżyj to sam, są klasyką polskiej muzyki jak i też częścią polskiej historii. Czy w dzisiejszym świecie muzycy mają obowiązek zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół nich i przekazywać to w swojej twórczości? G.S.: Myślę, że to jest nasza misja… Obowiązkiem artysty, człowieka medialnego jest nagłaśnianie wszystkich patologicznych sytuacji, na które każdy normalny człowiek ma obowiązek reagować, zauważać, ale... Nie jest tubą. My jesteśmy tubą, przez którą możemy te sprawy nagłaśniać. Jesteśmy grupą ludzi wrażliwych na to, co dzieje się wokół nas, na wszelkie wydarzenia polityczne, społeczne. Staramy się by nasza muzyka nie była pusta. Oprócz części rozrywkowej naszego repertuaru piszemy piosenki zaangażowane. Staramy się by nasze słowa nie były pustym gadaniem i angażujemy się w różne projekty. Są akcje charytatywne, koncerty na rzecz pokoju, koncerty promujące najnowszą historię Polski – historię Solidarności. M.C.: Od wielu lat pracujemy na rzecz Caritas, Olimpiad Specjalnych czy Stowarzyszenia z Ufnością w Trzecie Tysiąclecie. Zawsze występujemy na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Odwiedzamy Domy Dziecka, koncertujemy z niepełnosprawnymi przyjaciółmi. Szczególnie ważną dla nas osobą jest Marek Siwek, z którym walczymy o prawo do leczenia dla osób chorych na Stwardnienie Rozsiane. Obecnie przygotowujemy wraz z Markiem płytę charytatywną, do której nasz przyjaciel napisał teksty. Graliśmy ostatnio wspólny koncert w Parlamencie Europejskim. W 2004 roku odwiedziliśmy Wzgórza Golan w Izraelu gdzie stacjonują Polskie Odziały ONZ. Będąc tam, poznaliśmy żołnierzy, którzy strzegą pokoju na Świecie. To było niesamowite. Na bazie tych doświadczeń powstał utwór „I say stop!” przeciwko wojnie, przemocy i terroryzmowi. G.S.: Cieszymy się, że możemy o tym mówić ze sceny, zwracać ludziom uwagę na takie problemy. Dziś w Madrycie jest z nami Andżelika Borys. Spotkaliśmy ją wcześniej podczas koncertu w Gdańsku w 2006 roku. Nie wiedzieliśmy, że będzie tam obecna. Na telebimach ukazały się archiwalia właśnie z Białorusi a nasz utwór nosi tytuł Roads to freedom, czyli Drogi do wolności. W tekście jest: nikt nie zatrzyma nas, droga na Zachód, nikt tego nie zmieni, droga na Zachód, nikt nas nie złapie, droga na Zachód… Andżelika była wtedy bardzo wzruszona, wiem, że również na tym koncercie, gdy wspomnieliśmy o Białorusi była nam niezwykle wdzięczna… My Ją podziwiamy i mamy nadzieję, że prędzej czy później Białoruś dołączy do państw Unii Europejskiej. Stanie się w pełni demokratycznym i suwerennym państwem. W końcu i te „mury runą”… M.C.: Bardzo ważny jest dla nas projekt „Lombard w hołdzie Solidarności – drogi do wolności”, którego fragmenty mogliście oglądać podczas koncertu w Madrycie. Powstał z okazji 25-lecia powstania Solidarności. Robiliśmy Go z myślą o naszych przyjaciołach a potem lawiną dobrych chęci i przychylności różnych ludzi udało nam się Go zagrać w różnych częściach Polski i Świata. Koncert oparty jest na archiwalnych i współczesnych materiałach filmowych, na dokumentach i fotografiach. Opowiadamy w nim współczesną historię Polski od powstania Solidarności do współczesnych problemów Świata. G.S.: Nie powinniśmy zapominać o ludziach Solidarności, którzy wywalczyli wolność Polsce i pociągnęli za sobą wiele Krajów Europy i Świata. To jest tak niesamowite, że spotykamy tych bohaterów i mamy ich namacalnie, dla siebie. Możemy ich pytać. To żywa historia. Trzeba to wykorzystywać, bo czas płynie. Tak jak kiedyś wykorzystywałam moją babcię, pytałam ją o II Wojnę Światową. Bardzo szanuję starszych ludzi. Jest mi bardzo przykro, jeśli ktoś tego nie robi. Nie rozumiem, że we współczesnym świecie zapomina się o starszych, którym zawdzięczamy wszystko. Zbyt często trafiają do domu starców, rodzina o nich zapomina. To jest kolejny problem, o którym chcielibyśmy zaśpiewać. Przecież ci ludzie dają nam tożsamość. To jest ważne… Nawiązując do waszej działalności, m. in. charytatywnej. Czy to jest misja zespołu? Czy to jest to, co chcecie robić, przekazywać? M.C.: Nie chcemy żeby nasza muzyka była plastikowa, żeby była produktem marketingowym, proszkiem do prania, płynem do naczyń z reklamy… G.S.: Nie ma być zlepkiem dźwięków tak zrobionych, żeby każdemu pasowało i było do ucha i o niczym… M.C.: To nie ma być muzyka skierowana jak mówią do „jakiejś grupy docelowej odbiorców”. Nie będziemy się stylizować dla nastolatków czy dla ludzi w średnim czy jakimś tam wieku… My chcemy być dla wszystkich, którzy chcą nas słuchać… Dla starych i młodych, dla których to, o czym mówimy i w jaki sposób mówimy jest ważne… G.S.: Właśnie. Jesteśmy, jacy jesteśmy. Postanowiliśmy, że w tej naszej drodze, którą sobie wyznaczyliśmy przez te 8 lat, być sobą. Pomimo to, że być może jest nam gorzej, że zespół Lombard nie króluje na pierwszych miejscach list przebojów, że... G.S.: Zresztą, bardzo często nas się nie szanuje. Oczywiście, to nie jest problem. Ale nas, artystów, ludzie postrzegają poprzez medialność. Nie ma nas w telewizji. To znaczy, co? Jesteście kiepscy?! Nic nie robicie… Ty nie umiesz już komponować, nie macie przeboju. (...) A przebój, to co to jest? Przebój to jest utwór reklamowy, za który w dzisiejszych czasach musisz zapłacić, żeby był puszczony dziesiątki razy. M.C: Każdy utwór w obecnych czasach można zrobić przebojem, każdy… Tylko czy wówczas jest to autentyczna popularność??? Muzyka przestała być sztuką. Teraz śpiewa każdy. Trzeba tylko zapłacić i utwór jest grany 54 razy dziennie, są cenniki. Jeszcze dorzucić swoje życie prywatne i mamy gwiazdę. My tak nie chcemy. Nasza muzyka ma być autentyczna i płynąć prosto z serca. Jeżeli ktoś będzie po nią sięgał, kupował ją, tzn., że chce nas słuchać a nie, że został zmanipulowany przez promocję. My sobie damy radę, koncertujemy. Żyjemy i funkcjonujemy dzięki temu, że na te koncerty przychodzą ludzie i słuchają naszej muzyki. Czym was zaskoczyła Hiszpania? Czy w ogóle coś was zaskoczyło? MC.: Co mnie zaskoczyło? Przede wszystkim, zaskoczyła mnie duża Polonia. Nie myślałam, że tak dużo Polaków tutaj mieszka i świetnie sobie radzi. W zasadzie, przesiąknęliście już klimatem Hiszpanii. Wczoraj obserwowaliśmy ludzi podczas naszego wspólnego biesiadowania. Stwierdziliśmy, że trudno już jest odróżnić i poznać, kto jest Hiszpanem a kto Polakiem. G.S.: Mnie najbardziej zszokowało to, że w miejscach publicznych, w barach, restauracjach, po prostu jest odmienny niż u nas nawyk rzucania śmieci pod siebie. Im więcej śmieci tym lepsza restauracja. To szokujące. M.C.: To coś, czego nie robimy. To jest niesamowite. Zawsze mi się wydawało, że w Polsce jest dość brudno. Wcześniej byłam w Hiszpanii, ale tego nie zauważyłam. Może, dlatego, że ja nie rzucałam. Zauważyłam też, że nam jest głupio cokolwiek rzucić nawet jak wszyscy to robią. Chłopcom z zespołu też... Nie. Nie umiemy. Po prostu jesteśmy tak wychowani. M.C.: Tak. Naprawdę jesteśmy wychowani w Polsce w zupełnie inny sposób i... G.S.: Trochę nam się wmówiło to, że jesteśmy brudaskami, śmieciuszkami, ale chyba jednak nie jesteśmy najgorsi. Oczywiście, że nie! G.S.i M.C.: Jedzenie jest wspaniałe! M.C.: Organizatorzy zabierają nas w tradycyjne miejsca gdzie spożywamy same tradycyjne potrawy. Niesamowite jest to hiszpańskie jedzenie: zgniłe szynki, owoce morza i różne robaczki G.S. Madryt to również piękne miasto. M.C.: Tak. To piękne miasto. Naprawdę, macie wielkie szczęście, że się tutaj znaleźliście. Oprócz tego, że trochę daleko od kraju, ale to piękna kraina. Nie jest tak daleko jak np. USA czy Australia, wiec zawsze możecie do Polski wyskoczyć i nas odwiedzić. To cudowne, że my, Polacy, mamy wspaniałe możliwości dzięki wejściu do UE. Teraz już możemy pracować i żyć bez granic. Wasze koncerty poza granicami kraju są dużym przeżyciem dla Polaków. Chociaż przez chwilę czują się jak w Polsce. A czym są dla was? G.S.: Każdy wyjazd zagraniczny, to przede wszystkim to, co najbardziej cenię w tym zawodzie: poznawanie nowych miejsc, nowych kultur i nowych ludzi. To jest to, co najbardziej cenimy w naszym trudnym i pięknym zawodzie. M.C: Tak naprawdę to ludzie, którzy nas zapraszają tworzą atmosferę. Już nie tak do końca te miejsca i te kultury, tylko właśnie ci ludzie. Swoją osobowością sprawiają, że czujesz się z nimi dobrze w danym miejscu i masz wspaniałe wspomnienia… G.S.: Trzeba dodać, że ci ludzie mają również wspaniałe doświadczenia, cudowne historie. Każdy swoją, inną. Wyjechali z różnych powodów. Tutaj na miejscu mają swoje rodziny. Niesamowite jest móc poznawać nowych ludzi, słuchać ich doświadczeń życiowych, jak to się stało, że tutaj trafili. Albo zdarza się tak, że im jest łatwiej nam się zwierzyć z jakiś problemów. Wiedzą, że za chwilę wyjedziemy. MC.: Atmosfera koncertów jest cudowna! Wczoraj byliśmy zaskoczeni. Naprawdę! Tą hiszpańskością, wesołością i atmosferą. Mamy szczęście do ludzi... G.S.: Naprawdę mamy szczęście do ludzi! M.C.: Tak! G.S.: To nam daje największą satysfakcję, że gdy gramy koncerty, to czujemy, że energia, którą przekazujemy, wraca do nas i to ze zdwojoną siłą. To jest super! To jest wspaniałe! Na koncercie dosłownie “porwaliście” publiczność swoją żywiołowością, ekspresją i bardzo szybko nawiązaliście z nią kontakt. Jakie są wasze wrażenia z koncertu w Madrycie (Getafe)? M.C.: Piękne miejsce, super organizacja. G.S.: Właśnie. To jest cenne, że mogliśmy zagrać w teatrze. Jeżeli koncert organizuje się w miejscu, które nie jest estetyczne, akustyczne, przygotowane do niego, to my mamy duży dyskomfort, kiedy gramy. Pod każdym względem jest to niewygodne. Ludzie słuchają a potem pewne sprawy im się nie zgadzają: nie brzmi, wszystkiego nie słychać...
Załączniki:
Obrazy:
|